Niedługo mija 70 lat od chwili, gdy 24-letni James Dean zginął w roztrzaskanym samochodzie Porsche, pędzącym po kalifornijskiej autostradzie z szybkością 140 km na godzinę. Miał zaledwie 24 lata, zagrał tylko w czterech filmach, z których ostatni ukończony został już po jego śmierci. Był za swego życia bożyszczem pokolenia „buntowników bez powodu”. Ale - i to jest zjawiskiem niezwykłym - kult Jamesa Deana trwa do dziś. Wciąż ukazują się książki o nim, „Na wschód od Edenu", utrwalone na videokasecie, jest pozycją rozrywaną przez młodzież, podobnie jak płyta z dialogami z filmów Deana. „Fan-kluby” Deana liczą w Ameryce ponad 4 miliony członków. W Japonii kupić można puzzle, czyli układanki z twarzą Deana, we Francji młodzież pisze długopisami, ozdobionymi jego profilem, w Hongkongu produkowane są masowo torby plastykowe z podobizną zmarłego przed 30 laty chłopca. Uznanie dla talentu i niezwykłej osobowości Deana sprawia, że jego imię wykorzystywane jest do robienia świetnych interesów. Cóż, nieraz tak bywa z mitami... Młoda wielbicielka Jamesa Deana w koszulce z jego podobizną i pod plakatem wyobrażającym zmarłego aktora, i Dean w „Na wschód od Edenu”.